Hypnosaur – Afterlife
(26.05.2026)
Afterlife, to drugi album warszawskiego kwartetu – Hypnosaur. Światło dzienne ujrzał 26 maja 2026. Na płycie znalazło się dziewięć autorskich kompozycji w klimacie melodyjnego rock’n’rolla pomieszanego z ciężkimi i powolnymi dźwiękami stoner’a. Swój nurt muzyczny zespół określa jako „jurassic punk”. Krążek zarejestrowany został w Sound of Records, a za mix i mastering odpowiedzialny jest Haldor Grunberg, który współpracował z takimi kapelami jak Behemoth, Me And That Man, czy Dopelord.
Zespół istnieje od 2017 roku, a na swoim koncie ma dwie EP’ki: Illusion z 2019 oraz Undead Invaders Born to Die in a Maze z 2024. W 2022 ukazał się pierwszy długogrający album, zatytułowany Doomsday.
Bez zapoznania się z poprzednimi pozycjami zespołu zerknijmy na najnowszy krążek i przekonajmy się na własnej skórze – czy warto wchodzić głębiej?
Zapraszam
Hypnosaur tworzą:
Bartosz Kulczycki - główny wokal i klawisze
Marcin Jastrzębski - bas
Michał Siedlecki - gitara, wokal wspierający
Marcin Szóstakowski - perkusja
Słowem o okładce:
Za projekt okładki odpowiada Rafał Wechterowicz (TOO MANY SKULLS), który współpracował ze światowymi kapelami rockowymi, jak chociażby Ozzy Osbourne, Ghost, Anthrax, Motley Crue, Slayer, Behemoth czy Mastodon. Sam autor uważa, że okładka Afterlife jest jego ulubionym projektem, który stworzył na przestrzeni około 20 lat.
Przyznam, że już sama okładka jest dla mnie interesująca i niezwykle rozbudowana. Mam wrażenie, że okładka przedstawia pewnego rodzaju witraż, na którym zauważyć możemy graficzne odniesienia do poszczególnych utworów na płycie. Zarówno z lewej, jak i z prawej. Natomiast na środku, tuż obok ogromnej rakiety można dostrzec porośnięte jakimiś pnączami instrumenty.
Niewątpliwie okładka jest warta by posiedzieć nad nią dłuższą chwilę i zabawić się w analizę obrazu. Jednak nie tym będziemy się tu zajmować. Wrzućmy płytę na głośniki i przekonajmy się, czy wyskoczy z nich jakiś sympatyczny T-Rex czy groźny i krwiożerczy jaszczur?
1. Afterlife
Pierwsze sekundy utworu to kilka „strzałów” na werblu, po czym następuje ciekawie brzmiący riff, do którego dołącza sampel. Po tym wstępie do głosu dochodzi Bartek – wokalista. Wokal jest tu również ciekawy. Czysty, choć nie pozbawiony przyjemnej dla ucha chrypki. W warstwie muzycznej dzieje się sporo. Jest na czym zawiesić ucho. Pojawia się nawet krótkie solo na klawiszach, czego dość dawno nie słyszałem.
A co znajdziemy w tekście?
Chłopaki rzucają w tekście bardzo kontrowersyjną i jednocześnie intrygującą tezę… że przyjdzie taki moment w historii ludzkości, że przeniesiemy swoje jaźnie do świata cyfrowego! W miarę jak przyszłość jest przed nami, technologia cyber rozwija się w zastraszającym tempie, nadejdzie taki moment, że: „Consciousness preserved, Breaking mortal chains,All our thoughts combined into one database, Will build a new human race(…)” (Świadomość zostanie zachowana, Zerwiemy śmiertelne łańcuchy, Wszystkie nasze myśli zostaną połączone w jedną bazę danych, Zbudujemy nową rasę ludzką). Wszystko to brzmi jednocześnie i super i przerażająco. Co prawdą gdzieś już są prowadzone badania w tym temacie, jednak nadal brzmi to jak dobry film sci-fi. Kto wie, być może nadejdzie taki dzień, że ciało fizyczne ulegnie rozpadowi, a umysł wyląduje w laptopie czy telefonie…
Utwór możesz posłuchać tutaj: Afterlife
2. Lieflower
Drugi utwór zaczyna się od dość nisko strojonej gitary, do której po kilku taktach dołącza nieco wyższa gitara. Całość nabiera przyjemnego dla ucha brzmienia. W warstwie muzycznej można odczuć klimat lekkiego strachu czy przerażenia jednak jest to dość głęboko ukryte.
Tu też mamy solówkę na klawiszach i klimat przyjemny dla ucha.
Zerknijmy w tekst…
Uważam, że tekst mówi o każdym, kto osiągnął ogromny sukces. Jednak nie mam tu na myśli tych uczciwych – o nich się prawie nie słyszy. Mam tu na myśli tych, którzy doszli do bogactwa i władzy poprzez kłamstwo, manipulacje i po trupach swoich przeciwników. W tekście słyszymy, że taki ktoś stłukł wszystkie lustra – zapewne dlatego, by nie widzieć swojej kłamliwej twarzy, kiedy oszukuje nas wszystkich. Taki ktoś doszedł na szczyt władzy z ustami pełnymi kłamstw, udawaniem, że nic się nigdy nie stało – podczas gdy jego kartoteka rośnie z dnia na dzień.
W ostatniej zwrotce słyszymy, że sprawiedliwość i karma dosięgnie każdego. Kiedy on w końcu zostanie sam, nie będzie przy nim nikogo, kogo mógłby obrzucić winą za swoje uczynki – przyjdą i po niego. W ten czy inny sposób.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Lieflower
3. Reality – 141
Tu początek mamy zdecydowanie szybszy i bardziej energiczny, niż dwa poprzednie utwory. Jest bardziej melodyjnie. Przyjemny riff i ciekawe klawisze. Wokal za to powoli zaczyna hipnotyzować. Ciekawy zabieg został tu wykonany przed samym solo… tym razem gitarowym. Najpierw perkusja, potem klawisze zrobiły nastrój, by solówka wybrzmiała jeszcze bardziej majestatycznie.
A co mamy w tekście?
Mamy tu dwójkę bohaterów. Jeden z nich pozostając w ułudzie i kłamstwie żyje sobie bez większego problemu. Drugi natomiast uważa, że rzeczywistość nie jest taka, jak nam się mówi, że jest. Uważa, że ktoś z nieba tak naprawdę rządzi i pociąga za sznurki, do których większość ludzkości jest przywiązanych. Mamy tutaj taki monolog kogoś, kto uważa, że jest poza systemem (tym Matrixem) i swoje słowa kieruje do osoby, która ten system napędza od samego dołu – poczciwego zwykłego obywatela. Starając się zdjąć mu klapki z oczu i pokazać prawdę – że to „Oni” sprzedają kłamstwa, by ludzkość tkwiła w strachu i konsumowała. Że to „Oni”, ci z nieba, wychowują nasz gatunek, który – nomen omen – sami wykreowali.
Świetny tekst poruszający wiele teorii spiskowych oraz manipulacji ludzkością.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Reality – 141
4. Look at the Balls
Kolejny utwór zaczyna się surowym dźwiękiem gitary oraz pojedynczym uderzeniem w werbel. Po kilku taktach do tej surowości dołączają pozostałe instrumenty i robi się niezły harmider. Kilka taktów dalej wracamy do znajomych dźwięków i gitarowej solówki przy akompaniamencie cowbell’u. Pod koniec utworu mamy drugą solówkę gitarową, tym razem przy pełnej współpracy pozostałych instrumentów.
A co dudni w tekście?
W tym utworze tekst znowu odnosi się do rzeczywistości, jaka nas otacza. Czy ona faktycznie jest rzeczywista? Czy jest tylko kreacją kogoś lub czegoś innego? Jest to ciekawie połączone z pierwszymi dwiema linijkami, które tyczą się magii. Czy tak samo jak magia, nasza rzeczywistość jest tylko fikcją? Czy jednak coś w jednym i drugim jest… prawdziwego? Tekst pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi… Ktoś spróbuje na nie wszystkie odpowiedzieć?
Utwór możesz posłuchać tutaj: Look at the Balls
5. Danger
Przed nami piąty i najkrótszy utwór na płycie – poniżej dwóch minut.
Jest zdecydowanie szybszy i energiczniejszy od poprzednich. A główny riff na długo pozostaje w pamięci po skończonej płycie.
W tym zaledwie dwuminutowym utworze czym jest tytułowe niebezpieczeństwo?
Tytułowym niebezpieczeństwem jest, jak się domyślam, coś co kryje się pod łóżkiem. Coś nieuchwytnego i ciężkiego do zidentyfikowania. To coś próbuje po prostu zabić.
Patrząc na ostatnią zwrotkę i mając z tyłu głowy teksty z poprzednich utworów, można odnieść wrażenie, że chodzi tu o coś pochodzące… z innego wymiaru(?) Mieliśmy tutaj już inżynierów z nieba czy wzmiankę o Matrixie; a teraz mamy tekst o kimś, kto wślizguje się w ludzki kod i przepisuje go na nowo. Czy chodzi tu o jakąś bakterię (żeby nie mówić „wirus”)?
Utwór możesz posłuchać tutaj: Danger
6. Hardwired
Mam wrażenie, że w tym utworze wszystko dzieje się tak… od niechcenia. I to powoduje, że wszystko współgra ze sobą idealnie. Wokal brzmi tutaj tak nonszalancko, a jednocześnie z pełnym przekonaniem w głosie.
Odnoszę dziwne wrażenie, że tekst tego utworu opowiada – w sposób cyfrowy – o seksie. Być może jestem w błędzie, jednak im dłużej śledzę tekst, tym bardziej utwierdzam się w tym wrażeniu.
Poprawcie mnie, jeśli się mylę. A jeśli mam rację – jest to ciekawe spojrzenie na ten aspekt życia pod kątem cyfrowej tematyki.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Hardwired
7. World of Insanity
Wchodzimy w świat szaleństwa. Co może nas tam spotkać? Poza chwytliwym riffem i przenikliwym klawiszem? Że o charakterystycznym wokalu nie wspomnę. Trochę mi się on kojarzy z brzmieniem z lat ‘80 i ‘90.
A co takiego szaleńczego jest w tym świecie? Zerknijmy w tekst…
Moim zdaniem tytułowe szaleństwo jest we wszechogarniającym betonie i stali. W zimnej i szarej otaczającej nas zabudowie. Kiedy to porzuciliśmy kolorową i cudowną przyrodę na rzecz szarego i zimnego betonu.
Aż strach pomyśleć, dokąd nas to zaprowadzi?
Utwór możesz posłuchać tutaj: World of Insanity
8. Alone
Był najkrótszy utwór na płycie, to teraz czas na ten najdłuższy – prawie siedem minut!
Zaczyna się bardzo powoli. Nieco stoner’owo. Utwór ma zdecydowanie inny klimat od poprzednich. W swojej ciężkości (jak na tę płytę) i powolne tempo. Tu też, po raz pierwszy, pojawia się inny akcent wokalu.
Tak. Z tym tekstem mogę się utożsamić. Jak bohater utworu, tak i ja, jesteśmy sowami. Zdecydowanie lepiej funkcjonuję w nocy niż za dnia. Jak bohater, pod osłoną nocy, kiedy cienie wspinają się po ścianach, może być wreszcie sobą. Z dala od wpatrujących się niego zawistnych oczu. Ciemność zawsze wita cię z otwartymi ramionami i „never turns away(…)” (nigdy się nie odwraca).
Ostatnia zwrotka jest z jednej strony niepokojąca, a z drugiej jakoś tak… dziwnie kojąca. Póki „jesteś z nami” jesteśmy dla ciebie, ale odwróć się, bądź miej inne zdanie choć raz, a odwrócą się od ciebie wszyscy ci, którzy tak bardzo wychwalają twoją twarz. Póki grasz w ich grę – jesteś na topie, ale zmień coś w sobie choć raz, a zobaczysz jak krótkowzroczne jest światło.
Na szczęście: „the darkness sees it all(…)” (ciemność widzi wszystko).
Utwór możesz posłuchać tutaj: Alone
9. Into the Sun
Po stoner’owym przerywniku wracamy do znanego z początku albumu klimatu.
Wstęp sprawia wrażenie niezwykle ciepłego i pozytywnie przyjemnego, po ciężkim i wolnym klimacie poprzedniego utworu.
Utwór, można powiedzieć, że jest podzielony na dwie części. Oddzielone od siebie krótkim basowym przerywnikiem, który zapowiada drugą część utworu jako tę instrumentalną. Całkiem przyjemne domknięcie albumu.
Chodź muzyka jest tutaj przyjemna w odbiorze, to tekst już niekoniecznie. Mamy tu, w moim odczuciu, apokaliptyczny scenariusz, w którym człowiek doprowadził do zniszczenia całej planety. Przez co nie nadaje się już do dalszego zamieszkania. Ci, którzy przetrwali postanowili wyruszyć do gwiazd, w poszukiwaniu nowego domu. Mimo, że szanse na odnalezienie nowego domu są bliskie zeru, to oni nie dopuszczają tej myśli do zaistnienia. Wolą zaprzeczyć i dalej lecieć, niż przyznać się do olbrzymiego błędu. Lecą więc… i wciąż radośnie śpiewają…
Utwór możesz posłuchać tutaj: Into the Sun
Podsumowanie:
Afterlife łączy w sobie klimatyczne dźwięki klawiszy z metalową… lub bardziej rockową gitarą. Tematyka tekstów łączy w sobie nurty cyber-świata z ludzką naturą wszechrzeczy.
Albumu słucha się bardzo przyjemnie. Jest lekki i zwiewny muzycznie, a przy tym mocny i dosadny tekstowo. Z przyjemnym i lekko hipnotyzującym wokalem.
Jednolitość w długości utworów (poza dwoma) sprawia odczucie nasycenia. Do tego stopnia, że chciałoby się posłuchać albumu jeszcze raz… i jeszcze raz…
Kiedy pierwszy raz spotkałem się z Hypnosaur’em, zaintrygował mnie gatunek, jaki grają - jurassic punk. Ta ciekawość popchnęła mnie do zapoznania się z ich twórczością. I nie żałuję!
Jeśli nie miałeś jeszcze okazji zapoznać się z albumem Afterlife, to polecam nadrobić tę zaległość. A tymczasem… to byłoby wszystko. Widzimy się w kolejnym wpisie.
Do następnego
Ave.!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz