Lyrre – Nothing is Promised
(07.05.2026)
Nothing is Promised, to drugi album krakowskiej grupy Lyrre. Na jej czele stoi Michalina Malisz, które śpiewała i grała na lirze korbowej w Eluveitie (w latach 2016-2022). Na krążku znalazło się siedem autorskich kompozycji w klimacie oscylującym wokół mrocznej muzyce alternatywnej o niezwykle melancholijnym i eterycznym charakterze.
Zespół zadebiutował w 2023 roku albumem Not All Who Dream Are Asleep – w całości instrumentalnym.
Zobaczmy, jak brzmi drugi krążek krakowskiej Lyrre?
Zapraszam
Zespół Lyrre tworzą:
Michalina Malisz-Martuś - Wokal, lira korbowa
Piotr Martuś - Gitara
Miłosz Buśko - Gitara basowa
Tomasz Młóciński - Perkusja
Słowem o okładce:
Okładka skąpana jest w szarym kolorze, na tle którego w centralnym punkcie znajduje się rysunek bogato zdobionego okna, którego szyba przypominać może drzewo (nie wiem dlaczego, ale pierwszym skojarzeniem moim było drzewo Yggdrasil). Na pniu wpisana jest lira korbowa. Zaś na dole okładki mamy nazwę zespołu oraz tytuł albumu: Lyrre – Nothing is Promised.
Nie karzmy już dłużej czekać. Najwyższy czas wrzucić płytę na głośniki i przekonać się, jak brzmi oraz o czym jest drugi album krakowskiej Lyrre?
1. Nothing is Promised
Album otwiera tytułowy utwór, na początku którego słyszymy oczywiście lirę oraz delikatnie rysujący się wokal Michaliny, który z każdą sekundą nabiera intensywności. Kiedy perkusja oznajmia rozpoczęcie pierwszej zwrotki, utwór nieznacznie wzmacnia swoją intensywność. Melodia wokalu jest lekka, zwiewna i wpadająca w ucho. Większość instrumentów tworzy tutaj monumentalne tło, które w żadnym stopniu nie zaburza lekkości klimatowi, a jedynie wzmacnia go, dodając charakterystycznego pazura.
A co takiego nie jest obiecane? Zerknijmy w tekst…
W moim odczuciu, tekst mówi o życiu oraz o jego wszelkich niespodziankach czy niewiadomych, jakie idą z nim w parze. W tekście bohaterka zastanawia się, czy jest ktoś kto może wiedzieć z całą pewnością, „co przyniesie jutro”? Jak zrozumieć wiejący wiatr, kołyszący koronami drzew; wodę, płynącą swym korytem, niezaburzonym rytmem; ogień, który niesie zniszczenie – a może dzięki niemu następuje odrodzenie? Ziemię, która co rok wypuszcza na świat nowe Życie.
Moim zdaniem najbardziej trafiony fragment to: „All the world’s a stage, And maybe I’m a fool, But till my final day, This road will be my home(…)” (Cały świat to scena, I może jestem głupcem, Lecz do ostatniego dnia, Ta droga będzie moim domem). Życie to jest scena, na której każdy z nas ma do odegrania swoją rolę. Z jednej strony jest to rola z góry dla nas zapisana, z drugiej zaś… życie i egzystencja tutaj, bywa tak nieokiełznana, że… wszystko może się zdarzyć.
W życiu nic nie jest pewne – i to jest najpiękniejsze. Niewiadoma, która raz za razem potrafi zaskoczyć.
Pytanie, jakie się pojawia to: czy bohaterka odnajdzie to, czego szuka..?
Utwór możesz posłuchać tutaj: Nothing is Promised
2. Still Human
Utwór otwiera gitarowy riff, do którego po kilku taktach dołączają kolejno poszczególne instrumenty. Na końcu lira. Kilka kolejnych taktów osadza słuchacza w klimacie i nastroju utworu, po czym do głosu dochodzi wokal.
Utwór mimo że jest intensywniejszy, wcale nie jest dużo ostrzejszy. Owszem, jest tutaj swoisty pazur, jednak nie jest on na tyle agresywny. Jest zachowany zdrowy balans między agresywnością gitarowych riffów a lekkością klimatu.
W tym przypadku, mam wrażenie, że utwór jest o ludzkich uczuciach; o rozpaczy, gniewie (nierzadko na samego siebie), odwadze, ale i nadziei. A tytuł tłumaczyć można w ten sposób, żeby być człowiekiem wystarczy nie wystrzegać się uczuć. Zwłaszcza w tej cyfrowej erze…
Utwór możesz posłuchać tutaj: Still Human
3. Orchard
Intensywność i energia utworów rośnie w miarę kolejnych utworów. Tym razem mamy zdecydowanie ostrzejszą warstwę muzyczną, oczywiście bez straty na klimacie. W pierwszych chwilach, kiedy pojawia się wokal, instrumenty niemal milkną. Z czasem jednak wracają z całą swoją energią i intensywnością, miejscami przytłumiając wokal. Z jednej strony przez ten zabieg wokal nie ma ginie w tle. Z drugiej trzeba wytężyć słuch, żeby wsłuchać się i wyłapać dźwięki Michaliny, by nie pomylić ich z po prostu dodatkowym instrumentem.
Mam wrażenie, że bohaterka utworu wciela się w rolę Twórcy, który za sprawą nici życia tworzy coś nowego. Tytułowy sam być może jest nawiązaniem do ogrodu Eden – jednocześnie żywy, jak i wyśniony. Ukryty, a jednak ukazany w swej pełnej krasie.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Orchard
4. Eos
Ten utwór zaczyna się niepozornie, jednak po chwili narasta tu wrażenie dużego majestatycznego klimatu. Po chwili jednak wszystko cichnie i staje się spokojniejsze, tylko po to, by po chwili wznowić swoją intensywność. Ten utwór brzmi trochę, jak taka sinusoida. Raz bardziej, za chwilę mniej intensywnie. Raz wokal jest wyraźny, by po kolejnym takcie niemal zniknąć w tle.
W poprzednim utworze wspomniałem o podwójnym znaczeniu ognia – niszczy i ożywia. Sądzę, że w pewnym sensie ten utwór jest właśnie tym. O podwójnym znaczeniu tego żywiołu.
Bohaterka tego utworu zwraca się z prośbą do Ognia, aby oczyścił jej ścieżkę z tego co minęło, z wczorajszego dnia, z przeszłości. Jednocześnie oświetlając jej drogę w Jutro. Jednocześnie prosi, o błogosławieństwo światła, by rozjaśnił i oczyścił jej ścieżkę.
Tytułowa Eos w mitologii greckiej jest utożsamiana ze świtem, z jutrzenką. Czyli boginią związaną ze wschodem słońca, który rozświetla jeszcze niedawno skąpany w mroku świat. Tak w dużym, luźnym skrócie. Z tego można wywnioskować, że bohaterka utworu zwraca się bezpośrednio do bogini, by ta czuwała nad jej drogą i nie dopuściła do pojawienia się mroku.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Eos
5. Ephemeral
Utwór zaczyna się gitarą, która zwiastuje coś ostrzejszego niż dotychczas. Już myślałem, że będzie coś ostrzejszego, z większym pazurem… a tu nagle klimat zmienia się od 180 stopni. Zamiast mocarnego pazura dostaliśmy klimatyczną melancholię. Ot, taki pstryczek w nos. Nie zawsze to, co wydaje się być na początku, jest tym w istocie. Nie zmienia to faktu, że utworowi brakuje majestatyczności. Ukazuje się ona, tylko pod innym kątem.
Mimo, że utwór trwa nieco ponad pięć minut, można odnieść wrażenie, że trwa co najmniej połowę tego. Można się poczuć, jakbyśmy przekroczyli próg drzwi, za którymi czas nagle traci na znaczeniu. Zwiększa się za to wartość odczucia i wrażeń zmysłowych.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Ephemeral
6. The Well
Powoli zbliżamy się do końca albumu.
Ten utwór otwiera lira w swej pełnej krasie. I tutaj dostajemy kolejnego pstryczka w nos. Na początku jest spokojnie i nic nie zwiastuje tego, że za chwilę zacznie się (jak na konwencję albumu) ostra jazda bez trzymanki. Po chwili jednak wszystko się uspokaja i wraca w spokojniejszy klimat. Końcówka utworu ponownie się wzmaga i serwuje nam dodatkową dawkę ostrzejszych dźwięków. A mimo to, trzon utworu jest klimatyczny i nie odstaje od całokształtu… tak bardzo.
W tekście mamy nawiązanie do kolejnej bogini z mitologii greckiej – Mnemosyne, która to jest uosobieniem pamięci. Pod koniec utworu słyszymy, jak bohaterka zwraca się bezpośrednio do bogini w formie modlitwy, by ta ją wysłuchała.
Utwór możesz posłuchać tutaj: The Well
7. Oracle
Czas na ostatni utwór.
Tutaj też dostaliśmy ostrzejszy początek. Jednak nie jest to tylko złudne wrażenie, ponieważ cały utwór jest zdecydowanie ostrzejszy od poprzednich. Z chwilowymi, spokojniejszymi miejscami, mimo wszystko dominuje tutaj zwiększona szybkość i ostrzejsze dźwięki.
Czy to odejście od konwencji albumu jest tą tytułową wyrocznią, która zwiastuje dalszą drogę zespołu? Ciężko powiedzieć… jeśli uda się zapytać twórców – na pewno to zrobię…
Utwór możesz posłuchać tutaj: Oracle
Podsumowanie:
Album Nothing is Promised przenosi nas do zupełnie innego świata. Świata, gdzie z jednej strony nic nie jest pewne, z drugiej niemal wszystko można sobie urzeczywistnić. Jeśli tylko podążamy właściwą (dla siebie) drogą.
W tekstach nie brakuje nawiązań do żywiołów (ogień, powietrze, woda, ziemia). Tematów około magicznych, czy odwołań do mitologii greckiej. A wszystko w eterycznym i nieco melancholijnym klimacie ze szczyptą mrocznych alternatywnych dźwięków.
Moim zdaniem album zasługuje, by się z nim zapoznać i przeanalizować, choćby dla samego siebie.
Na dziś to byłoby wszystko, co miałbym do powiedzenia na temat drugiego krążka zespołu Lyrre. Widzimy się już wkrótce, przy kolejnych recenzjach.
Do następnego
Ave.!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz