Spinofonia – 4
(15.03.2026)
Tuż obok Nirguny oraz Beyond The Event Horizon, Spinofonia 4 jest moim trzecim albumem instrumentalnym, który biorę pod analityczną lupę. Ponownie – bez wokalu, sama melodia. Jak wybrzmi w moim uchu? Przekonajmy się.
„4” – to czwarty album krakowskiej, siedmioosobowej grupy grającej instrumentalnego progresywnego rocka. Album ujrzał światło dzienne wiosna 2026 roku, własnym nakładem.
Zanurzmy się w ten ocean dźwięków i zobaczmy co krakowska Spinofonia do powiedzenia… za pomocą instrumentów.
Zapraszam
Słowem o okładce:
Dominującym kolorem jest tutaj biel. Ze wszystkich czterech stron przedniej okładki mamy napis: „Spinofonia”, natomiast w centralnym punkcie znajduje się jakiś dziwny, nieokreślony (przeze mnie) przedmiot. W jego centrum, na pomarańczowy kolor jarzy się liczba „4” – która jest tytułem albumu.
1. Zrywając sidła
Album otwierają dźwięki pianina, do którego po chwili dołączają skrzypce, kreśląc wstępną melodię. Tuż za rogiem czekały gitary i solidna perkusja, które bardzo szybko dały o sobie znać, i niemal od razu całkowicie zmieniły ton i kierunek utworu. Początkowo miało być lekko i smyczkowo, jednak przerodziło się to w elektryzującą progresję. Dopiero w czwartej minucie pianino oraz skrzypce przypomniały o sobie, choć na chwilę. Tu muzyka znowu uległa zmianie, choć tempo nadal galopujące. Końcówka utworu zdecydowanie zelżała i zwolniła tempa w całej swej gonitwie. Czyżby po to, by złapać dech zanim znowu ruszymy w dalszą podróż?
Utwór możesz posłuchać tutaj: Zrywając sidła
2. Nadzieja milczących
Drugi utwór otwiera surowy dźwięk basu z towarzyszącym mu samplem. Po kilku taktach perkusja daje znak, by rozpocząć! W tym utworze na pierwszym planie wyszła elektronika oraz klawisze pianina. Bardzo szybko dostajemy pierwszą majestatycznie brzmiącą solówkę, która w dalszej części wymienia się pierwszeństwem z pianiem oraz elektronika, mimo że klimat i wrażenia pozostają te same.
Można powiedzieć, że drugi utwór to w przeważającej części gitarowe solo, które co kilka taktów milknie, tylko po to, by za chwilę uderzyć ze zdwojoną siła. A kiedy milknie pianino korzysta z okazji i wprowadza swoją cząstkę ulotności.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Nadzieja milczących
3. Źródło esencji (feat. Krzysztof Wyrwa – bass)
Choć ten utwór zaczął się gwałtownie, niczym grom, w dalszej części ustępuje lekkości pianinku, które czerpie z okazji pełnymi garściami. Namawiając do wspólnej opowieści gitarę basową. A towarzyszy im przez tę kilka taktów subtelna perkusja. Nawet elektryk, który wtrąca swoje słowo dał się ponieść klimatowi i na tę parę chwil dał się ponieść. Choć im dalej, tym bardziej przeradza się to w elektryzującego rocka. I płynie tak już do samego końca czasu antenowego…
Utwór możesz posłuchać tutaj: Źródło esencji
4. Biała księga
Kolejny utwór otwierany pianinem. Tu gitara zadziałała niemal od razu, nie dając mu szansy na stworzenie permanentnego klimatu, a zamiast tego sama wzięła się za tworzenie nastroju. Mamy tu do czynienia po raz kolejny z pikantnym progresywnym rockiem, który nie daje szansy na dłuższą wypowiedź pianinowi.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Biała księga
5. Kompas
Tu mamy nagłą i ciekawą wymianę. Utwór otwiera pianino, do którego dołączają skrzypce, a po chwili delikatna perkusja, która dała się namówić na klimat. Tym razem skrzypce miały zdecydowanie więcej do powiedzenia i nawet wielokrotne próby elektryka nie zaburzyły tej symfonii. W końcu gitara elektryczna dała się namówić na towarzyszenie w budowaniu klimatu skrzypcom i pianinku i wyszła z tego bardzo sprytna odskocznia od progresywności, którą mimo wszystko da się tu odczuć. Nawet, pomimo tego, że elektryk wychodzi tutaj na pierwszy plan, to zarówno klawisze, jak i smyczek nie daje się przekrzyczeć i grają swoje. Niestety jest to też najkrótszy utwór na płycie.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Kompas
6. Wyma-Żona
Tym razem to gitara elektryczna otwiera utwór w towarzystwie pianina. Od pierwszych chwil można odczuć klimat lekkiej melancholii z zacięciem romantycznym. Tu też smyczki są dużo bardziej intensywne, niż poprzednio. Elektryk w tym utworze oddaje z przyjemnością i bez żalu pierwszeństwo skrzypcom i klawiszom, które chętnie z tego korzystają i rozgadują się na całego. Momentami do głosu dochodzi też delikatna elektronika. Tej jest jednak na tyle mało, że daje radę zasygnalizować jedynie swoją obecność w tym utworze.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Wyma-Żona
7. Klucz do antidotum
Wracamy w klimat progresywnego rocka, choć już w nieco lżejszej odsłonie. Tutaj na pierwszeństwo wraca gitara elektryczna, której w tle towarzyszy pianino i skrzypce. Co kilka taktów dochodzą do większego głosu, jednak jest to tylko na kilka taktów. Ale kiedy już się odezwą, od razu zmieniają odczucia, które wypływają z głośników. Do tego stopnia, że gitara postanawia przejąć klimat i dalej rozgrywa go na swój sposób. Gdzieś koło piątej minuty utworu nabrałem wrażenia, jakbym usłyszał harmonijkę ustną.
Końcówka utworu i tym samym ostatnie dźwięki albumu należały zdecydowanie do skrzypiec i pianina, a gitara elektryczna pozwoliła sobie na delikatne wycofanie się.
Utwór możesz posłuchać tutaj: Klucz do antidotum
Podsumowanie:
Słuchając pierwszych dźwięków albumu miałem wrażenie, że wdarł się tutaj niemały chaos, spowodowany ilością instrumentów i tego, że każdy z nich chciałby zagrać najlepiej jak potrafi i dostać najwięcej czasu antenowego. Lekko mnie to odpychało, jednak im dalej zagłębiałem się w album i w to co mówią instrumenty, chaos zniknął. A w jego miejscu pojawiła się pewnego rodzaju harmonia. W tej harmonii każdy dostał swoje miejsce i mógł odegrać swoją partie w najlepszym dla siebie miejscu i chwili, by progresja mogła wybrzmieć jeszcze mocniej, a po chwili smyczek czy pianino mogło udelikatnić cały odbiór.
Czwarty album krakowskiej Spinofonii w moim uchu brzmi, jak intensywna dyskusja pomiędzy instrumentami. Każdy ma coś do powiedzenia i każdy wyraża tu swoje zdanie. Czasem wychodzi z tego niemała kłótnia, ale po chwili, w kolejnym utworze po tejże kłótni nie ma już śladu. Trochę jak w życiu… raz się kłócisz i to tak ostro, że można odnieść wrażenie, że za chwilę pójdziecie na noże, by po kilku minutach znów rozmawiać ze sobą a nawet wspólnie się śmiać…
Czwórka była ciekawą muzyczną ucztą. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji skosztować tej uczty na własnym uchu – polecam.
To byłoby wszystko, co miałbym do powiedzenia na temat tego albumu. Widzimy się już wkrótce, w kolejnych recenzjach.
Do następnego
Ave.!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz