czwartek, 22 października 2026

Recenzja: Spinofonia - 4 (15.03.2026)

Spinofonia – 4
(15.03.2026)

Tuż obok Nirguny oraz Beyond The Event Horizon, Spinofonia 4 jest moim trzecim albumem instrumentalnym, który biorę pod analityczną lupę. Ponownie – bez wokalu, sama melodia. Jak wybrzmi w moim uchu? Przekonajmy się. 


„4” – to czwarty album krakowskiej, siedmioosobowej grupy grającej instrumentalnego progresywnego rocka. Album ujrzał światło dzienne wiosna 2026 roku, własnym nakładem. 

Zanurzmy się w ten ocean dźwięków i zobaczmy co krakowska Spinofonia do powiedzenia… za pomocą instrumentów.

Zapraszam 


Słowem o okładce: 
Dominującym kolorem jest tutaj biel. Ze wszystkich czterech stron przedniej okładki mamy napis: „Spinofonia”, natomiast w centralnym punkcie znajduje się jakiś dziwny, nieokreślony (przeze mnie) przedmiot. W jego centrum, na pomarańczowy kolor jarzy się liczba „4” – która jest tytułem albumu. 


1. Zrywając sidła

Album otwierają dźwięki pianina, do którego po chwili dołączają skrzypce, kreśląc wstępną melodię. Tuż za rogiem czekały gitary i solidna perkusja, które bardzo szybko dały o sobie znać, i niemal od razu całkowicie zmieniły ton i kierunek utworu. Początkowo miało być lekko i smyczkowo, jednak przerodziło się to w elektryzującą progresję. Dopiero w czwartej minucie pianino oraz skrzypce przypomniały o sobie, choć na chwilę. Tu muzyka znowu uległa zmianie, choć tempo nadal galopujące. Końcówka utworu zdecydowanie zelżała i zwolniła tempa w całej swej gonitwie. Czyżby po to, by złapać dech zanim znowu ruszymy w dalszą podróż? 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Zrywając sidła



2. Nadzieja milczących

Drugi utwór otwiera surowy dźwięk basu z towarzyszącym mu samplem. Po kilku taktach perkusja daje znak, by rozpocząć! W tym utworze na pierwszym planie wyszła elektronika oraz klawisze pianina. Bardzo szybko dostajemy pierwszą majestatycznie brzmiącą solówkę, która w dalszej części wymienia się pierwszeństwem z pianiem oraz elektronika, mimo że klimat i wrażenia pozostają te same. 
Można powiedzieć, że drugi utwór to w przeważającej części gitarowe solo, które co kilka taktów milknie, tylko po to, by za chwilę uderzyć ze zdwojoną siła. A kiedy milknie pianino korzysta z okazji i wprowadza swoją cząstkę ulotności. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Nadzieja milczących 



3. Źródło esencji (feat. Krzysztof Wyrwa – bass)

Choć ten utwór zaczął się gwałtownie, niczym grom, w dalszej części ustępuje lekkości pianinku, które czerpie z okazji pełnymi garściami. Namawiając do wspólnej opowieści gitarę basową. A towarzyszy im przez tę kilka taktów subtelna perkusja. Nawet elektryk, który wtrąca swoje słowo dał się ponieść klimatowi i na tę parę chwil dał się ponieść. Choć im dalej, tym bardziej przeradza się to w elektryzującego rocka. I płynie tak już do samego końca czasu antenowego… 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Źródło esencji 


4. Biała księga

Kolejny utwór otwierany pianinem. Tu gitara zadziałała niemal od razu, nie dając mu szansy na stworzenie permanentnego klimatu, a zamiast tego sama wzięła się za tworzenie nastroju. Mamy tu do czynienia po raz kolejny z pikantnym progresywnym rockiem, który nie daje szansy na dłuższą wypowiedź pianinowi. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Biała księga



5. Kompas

Tu mamy nagłą i ciekawą wymianę. Utwór otwiera pianino, do którego dołączają skrzypce, a po chwili delikatna perkusja, która dała się namówić na klimat. Tym razem skrzypce miały zdecydowanie więcej do powiedzenia i nawet wielokrotne próby elektryka nie zaburzyły tej symfonii. W końcu gitara elektryczna dała się namówić na towarzyszenie w budowaniu klimatu skrzypcom i pianinku i wyszła z tego bardzo sprytna odskocznia od progresywności, którą mimo wszystko da się tu odczuć. Nawet, pomimo tego, że elektryk wychodzi tutaj na pierwszy plan, to zarówno klawisze, jak i smyczek nie daje się przekrzyczeć i grają swoje. Niestety jest to też najkrótszy utwór na płycie.

Utwór możesz posłuchać tutaj: Kompas



6. Wyma-Żona

Tym razem to gitara elektryczna otwiera utwór w towarzystwie pianina. Od pierwszych chwil można odczuć klimat lekkiej melancholii z zacięciem romantycznym. Tu też smyczki są dużo bardziej intensywne, niż poprzednio. Elektryk w tym utworze oddaje z przyjemnością i bez żalu pierwszeństwo skrzypcom i klawiszom, które chętnie z tego korzystają i rozgadują się na całego. Momentami do głosu dochodzi też delikatna elektronika. Tej jest jednak na tyle mało, że daje radę zasygnalizować jedynie swoją obecność w tym utworze. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Wyma-Żona



7. Klucz do antidotum

Wracamy w klimat progresywnego rocka, choć już w nieco lżejszej odsłonie. Tutaj na pierwszeństwo wraca gitara elektryczna, której w tle towarzyszy pianino i skrzypce. Co kilka taktów dochodzą do większego głosu, jednak jest to tylko na kilka taktów. Ale kiedy już się odezwą, od razu zmieniają odczucia, które wypływają z głośników. Do tego stopnia, że gitara postanawia przejąć klimat i dalej rozgrywa go na swój sposób. Gdzieś koło piątej minuty utworu nabrałem wrażenia, jakbym usłyszał harmonijkę ustną. 
Końcówka utworu i tym samym ostatnie dźwięki albumu należały zdecydowanie do skrzypiec i pianina, a gitara elektryczna pozwoliła sobie na delikatne wycofanie się. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Klucz do antidotum 


Podsumowanie: 

Słuchając pierwszych dźwięków albumu miałem wrażenie, że wdarł się tutaj niemały chaos, spowodowany ilością instrumentów i tego, że każdy z nich chciałby zagrać najlepiej jak potrafi i dostać najwięcej czasu antenowego. Lekko mnie to odpychało, jednak im dalej zagłębiałem się w album i w to co mówią instrumenty, chaos zniknął. A w jego miejscu pojawiła się pewnego rodzaju harmonia. W tej harmonii każdy dostał swoje miejsce i mógł odegrać swoją partie w najlepszym dla siebie miejscu i chwili, by progresja mogła wybrzmieć jeszcze mocniej, a po chwili smyczek czy pianino mogło udelikatnić cały odbiór. 

Czwarty album krakowskiej Spinofonii w moim uchu brzmi, jak intensywna dyskusja pomiędzy instrumentami. Każdy ma coś do powiedzenia i każdy wyraża tu swoje zdanie. Czasem wychodzi z tego niemała kłótnia, ale po chwili, w kolejnym utworze po tejże kłótni nie ma już śladu. Trochę jak w życiu… raz się kłócisz i to tak ostro, że można odnieść wrażenie, że za chwilę pójdziecie na noże, by po kilku minutach znów rozmawiać ze sobą a nawet wspólnie się śmiać… 

Czwórka była ciekawą muzyczną ucztą. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji skosztować tej uczty na własnym uchu – polecam. 

To byłoby wszystko, co miałbym do powiedzenia na temat tego albumu. Widzimy się już wkrótce, w kolejnych recenzjach.

Do następnego
Ave.! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zobacz także...

Recenzja: Spinofonia - 4 (15.03.2026)

Spinofonia – 4 (15.03.2026) Tuż obok Nirguny oraz Beyond The Event Horizon , Spinofonia 4 jest moim trzecim albumem instrumentalnym, który ...

A to widziałeś..?